niedziela, 25 października 2015

Rozdział 33 ,,Kłótnia Feniksów''


,,Cza­sem jed­na kłótnia świad­czy bar­dziej o miłości, niż sto 'kocham Cię' rzu­conych na wiatr... ''


Sally
              Nienawidzę sukienek, a na siłę każą mi w nich chodzić. Siedziałam sobie spokojnie w pokoju i pisałam nawą książkę, gdy przyszła do mnie służba i powiedziała, że oczekują mnie w sali tronowej. Chcąc nie chcąc musiałam się tam udać. W tej niebieskiej sukience, w której nie chciał by ktoś mnie w niej widział. Była piękna, zbyt piękna. Na jej niebieskim materiale były delikatne czarne wzory, gdy doszłam do wyznaczonego mi miejsca spotkałam tam tylko moją siostrę.
- Uciekasz się już do podstępu. Tylko po co? - odezwałam się, może trochę za agresywnie, ale ta wojna to jej winna.
Moja siostra miała na sobie biała, długą suknie ze złotymi dodatkami. - Zaprzestań szukania Percy' ego.- wydała mi rozkaz, którego spełnić nie mogę.
Mierzyłam ją wzrokiem chcąc dostrzec w niej jakiś ludzki odruch, ale nie znalazłam nic prócz chęci władzy.
- To ty powinnaś nie żyć, nie on.- cedziłam każde słowo.- To ty powinnaś mieć problemy ze spaniem, nie on . To dla ciebie nie ma ty miejsca.
            Jej twarz przybrała czerwony odcień. Przez co wyglądała gorzej niż gorgona. Jej ręka tak szybko dosięgła mojego policzka, że nie zdążyłam zareagować i spoliczkowała mnie. Bez słowa odwróciłam się do niej plecami.
- Cała Sally.- rzekła, gdy byłam już przy drzwiach.- Słaba i łatwowierna. Nigdy nie potrafiłaś odpłacić się ludziom za to co ci zrobili.
Ścisnęłam mocniej klamkę licząc do dziesięciu, ale nie pomogło mi to.
,,Sally nie jesteś taka jak ona.''-powtarzałam sobie w myślach.- ,,Jaki dasz przykład Posejdonowi?''
- Już wystarczy, że ty jesteś bezwzględna.- rzekłam odwracając się w jej stronie, ponieważ poczułam jak odbiera mi energię. - Próbuj dalej siostrzyczko, ale obie wiemy, że jestem silniejsza.
          Nie chciałam, nie chce jej zrobić krzywdy, ale jeśli nie pokaże jej, że jestem silna, będzie robić ze  mną co tylko ze chce.
Nad moją głową zaczęła się formować mglista na razie forma feniksa. Jej ciemnie  oczy automatycznie się zaszkliły. Na moich ramionach i twarzy pojawiły się złote runy.  Drzwi otworzyły się z wielkim hukiem pod wpływem silnego podmuchu wiatru skrzydeł mojego feniksa.  Wokół nas nastała zupełna cisza, którą mógł przerwać tylko przerażający jęk,
- Jesteś zbyt słaba by to uczynić!-krzyknęła, w moją stronę padając przede mną na kolana.- Zbyt słaba.
I tu się myliła. Przez tyla lat kiedy jej nie było. Musiałam sobie jakoś  radzić. Kocham ją, ale ona musi zrozumieć parę rzeczy.




Percy
              Nie wiem ile już staliśmy w tej krwi, ale ledwie powstrzymywałem wymioty. Powoli robiło się coraz zimniej, usta moich towarzyszy robiły się sine.
- Jakieś pomysły?- zapytał James.
W tym momencie wszystkie spojrzenia padły na Annabeth, która wzruszyła tylko ramionami.
- Ostrzegałam was.- powiedziała nieprzyjemnym tonem głosu.- Ale nie posłuchaliście. Pozostał nam tylko czekać, aż dalsze słowa przepowiedni się dopełnią.
I wtedy Ann zaczęła się zapadać w tej krwi. Nie krzyczała, wręcz przeciwnie była spokojna. Tylko czy to działa jak ruchome piaski.
- Annabeth?- spytałem lekko poddenerwowany, gdy traciłem ją.
Krew mi ją zabrała.

Radosna

niedziela, 11 października 2015

Rozdział 32 ,,We własnej krwi''

,,Co spra­wia, że człowiek zaczy­na niena­widzić sam siebie? Może tchórzos­two. Al­bo nieodłączny strach przed po­pełnianiem błędów, przed ro­bieniem nie te­go, cze­go in­ni oczekują.''
Paulo Coelho

Annabeth
                    To był znak za, którym powinniśmy pójść, tylko Percy nie był do tego pomysłu przekonany. Jednak jego zdanie się nie liczyło, wygrały głosy większości. Szłam z nim na końcu naszej grupy. Im dalej szliśmy tym bardziej zanikało życie i pogodne myśli. Wydawało mi się, że tylko ja nie traciłam nadziei. W powietrzu dało się wyczuć napitą atmosferę. Percy od czasu do czasu bawił się moim warkoczem, który zdarzyłam upiąć przed wyjściem.
- Hej, rozchmurz się w końcu dostaliśmy jakiś znak.- powiedziałam dając mu kukśtańca jak za dawnych lat.
Uśmiechnął się, ale oboje wiemy, że to był wymuszony uśmiech. Jego oczy zatrzymały się na mojej twarzy. Dotknął moich włosów tam gdzie niegdyś znajdowało się szare pasmo włosów.
- Zaraz zwymiotuje od tego jego spojrzenia.- dobiegł nas głos Jamesa.
Percy nic sobie z jego słów nie zrobił. Oni szli, a my staliśmy patrząc się na siebie. Nie mogłam się,  powstrzymać moje ręce same powędrowały do jego włosów.
- Nie powinno cię tu być.-powiedział przejeżdżając kciukiem po moim policzku.
- Nie powinno nas tu być.- poprawiłam go.
  Nie chodziło mi tu tylko o naszą dwójkę, ale o wszystkich.
Wzięłam jego rękę z mojej twarzy i splotłam ją z moimi palcami.  Szybko dogoniliśmy pozostałych.
Percy
                Lepiej się czułem, czując jej ciepło dłoń. Te sny niedawany mi spokoju. Nie mogłem dopuścić by się spełniły, ale czas gonił,  a otoczenie wokół nas coraz bardziej przypominało to ze snu. Trawa stawał się szara, a drzewa były całe pokryte sadzą. Bez liście przypominały upiory.
- Percy?- w jej głosie wyczułem niepokój- Cały zesztywniałeś.
Annabeth rozejrzała się dookoła w poszukaniu tego co wywołało u mnie niepokój.
Nic nie zauważyła, więc mocniej ścisnęła moją dłoń.
Nagle nasza mała grupka wędrowców się zatrzymała. Automatycznie z Annabeth wyciągnęliśmy broń.
- Spokojnie, to tylko Beth zakochała się w nowej błyskotce.- rzucił ....
Jasnowłosa wyminęła, chłopaków do czego ja starałem się,  nie dopuścić. - Percy!- rozbrzmiał jej gniewny głos w moich uszach.
             Długo się na mnie nie skupiliśmy, bo przed nami na pniu drzewa znajdował się łuk. Lśniący, i idealnej wielkości. Kamieni, które go przyozdabiały dodawały mu mistycznego wyglądu. Wokół pnia, na którym leżał rosły czarne róże.

- Nie ruszaj go.-krzyknęliśmy w tyn samym czasie  do Beth z Annabeth, ale było  za późno.
Ciemnowłosa już trzymała w swojej dłoni łuk, uśmiechnięta, a zarazem dumna z siebie. Spojrzała wyzywająco na jasnowłosą. Przysunąłem się bliżej do niej, by w razie czego uniemożliwić atak.
- A nie mówiłem.- zwróciłem się do córki Ateny- Tym razem przepowiednia jest lipna.
Posejdonie chroń. Na dodatek ma broń w ręce. Aaaaaaa
-Ej mnie chyba nie zabijesz?- spytałem odwracając się w jej stronę, ale jej spojrzenie odebrało mi jakichkolwiek złudzeń.
- Nie zawsze księżniczko będziesz miała rację.- powiedziała ta przez, którą tu się znaleźliśmy.
Annabeth 
               Potrzebny Apollo!!! W tej  chwili. Mój język potrzebuje ratunku od przygryzania go żeby nie palnąć coś głupiego. W oczach Percy'ego widziałam przerażenie spowodowane moim milczeniem.
- Jeszcze pożałujesz swoich słów.- powiedziałam wycofując się do chłopaków.
Jednak noga ugrzęzła mi w ziemi. Z każdy kolejnym krokiem zaczęłam się coraz bardziej zapadać.
- Annabeh stój!- krzyknął na mnie Percy.
Nie musiałam patrzeć w dół by wiedzieć co to jest. Ta przepowiednia nie jest lipna.

Obserwatorzy

Andro wyspa twórczości